Nie ma chyba na całym jakże olbrzymim globie osoby, która nie chciałaby mieć mieszkania, swojego własnego mieszkania, do którego zawsze może wrócić po ciężkim dniu w pracy, szkole czy też po zajęciach na uczelni i w spokoju odpocząć po całodziennym wysiłku. Każdy z nas chciałby je mieć, ale czy chociażby przez chwilę ktoś z czytających ten artykuł zastanawiał się co to takiego jest w ogóle to mieszkanie? No właśnie, chyba niewiele jest takich osób. Najprościej rzecz ujmując można rzec, że owe mieszkanie to po prostu cztery kąty, które będą dla nas oazą spokoju, wyciszenia i miejscem schronienia nawet przed najdrobniejszym niebezpieczeństwem.
To miejsce, w którym każdy z nas będzie czuł i czuje się – rzecz jasna – najbezpieczniej. Dla wyraźniejszego nakreślenia tematu weźmy za przykład małe dzieci bawiące się na przykład w piaskownicy bądź na placu zabaw – w miejscu gdzie jest większa ilość dzieci. Kiedy dziecko czuje się niechciane, inni rówieśnicy mu dokuczają, zabierają zabawki – kiedy po prostu czuje się zagrożone i jest mu źle, zabiera swoje rzeczy i wraca do swojego mieszkania. Dlaczego? Otóż odpowiedź jest banalnie prosta – bo w swoim mieszkaniu czuje się najbezpieczniej i doskonale zdaje sobie sprawę nawet taki maluch, że tam nie dosięgnie go żadne społeczne zło. Prawdziwe jest jednak powiedzenie, które często używamy: „wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej” – w swoim domu czy też w swoim mieszkaniu oczywiście jest najlepiej, podobnie zresztą jest z powiedzeniem: ciasny, ale własny kąt.
Podobne
Nie ma nic lepszego jak zdobycie wiedzy poprzez własne doświadczenie, poczucie czegoś na własnej skórze – jak to mówią: spróbuj, a przekonasz się sam. I muszę przyznać, że jest to święta prawda. Ale zacznę może od początku. Otóż byłam wychowana w rodzinie tradycyjnej, gdzie zarówno moi dziadkowie jak i moi rodzice wspólne mieszkanie rozpoczęli dopiero po ślubie. Również we mnie próbowano początkowo wpoić taki zwyczaj. Jednak bunt młodzieńczy zwyciężył i przełamałam rodzinną tradycję z czego dziś jako młoda żona, bo zaledwie z miesięcznym stażem, jestem niebywale dumna i polecam z czystym sumieniem wszystkim parom, które zamierzają zawrzeć związek małżeński. Z obecnym dziś już mężem mieszkaliśmy od momentu narzeczeństwa, czyli około czternastu miesięcy przed ślubem.
Dzięki temu „dotarliśmy” się przez ten czas, poznaliśmy się dość dobrze i teraz już jako małżeństwo znamy swoje zachowania nie tylko w tych cudownych i kolorowych chwilach, ale także kiedy mamy swoje gorsze dni. Po prostu oswoiliśmy się i poznaliśmy swoje wady i zalety, które towarzyszą nam w życiu codziennym. Ponadto ja, jako przyszła żona, gospodyni domu mogłam stopniowo oswajać się z czekającymi na mnie obowiązkami takimi jak utrzymanie domu w czystości, praniem, gotowaniem. Miałam na przyzwyczajenie się do tego ponad rok czasu, a dzięki temu obowiązki te nie spadły na mnie jak lawina po ślubie, lecz stopniowo sama według swoich możliwości brałam na siebie ciężar utrzymania domu. Dziś cieszę się z tego, a moi tradycyjni rodzice zmienili podejście do wspólnego mieszkania przed ślubem.